Czasami zbyt łatwe wydaje mi się obranie kierunków znanych i sprawdzonych. Weymouth nie było jednym z nich.
Nad ujściem rzeki Wey, krańcach kanału La Manche, fale wyrzucają tu na brzeg ogromne meduzy. Setki marmurowych kamieni tworzą wyboistą ścieżkę, która prowadzi do białych klifów. To wielkie bezdroże, gdzie powietrze jest tak czyste, że rześkość staje się namacalna. W kierunku portu mija się kutry, załadowane krewetkami i ma się wrażenie podróży w czasie. Budzi się sentyment do tradycji i prostoty życia i czynności.
Idąc ulicą wzdłuż plaży, widać turystyczne ośrodki. W ich oknoach tablice z napisami 'no vacancy', starsi ludzie siedzą tam z herbatą i patrzą na jednostajny krajobraz. Wieje straszliwie i wszyscy są jakby smutni, to nie apatia, ale zwykła nostalgia, którą emanuje to miejsce, gdzie palmy są sztuczne, a słońce prawie nigdy nie wychodzi.
Weymouth to takie miasto trochę zapomniane. Pięknie spokojne, gdzie bezkres horyzontu na końcu betonowego mola wydaje się najprawdziwszym krańcem świata.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz