Jadąc do St Ives, kierowałam się ciekawością, czy istnieć może miejsce tak egzotyczne, surrealistyczne, w granicach wyspy, którą widzę tylko przez pryzmat Londynu.
Wszyscy tłumnie wysiadają w St Erth, gdzie lokalna kolejka zabiera miejskich turystów w bliżej nieokreślonym kierunku. Najpierw przez krajobrazy suchej ziemi, aż na horyzoncie wyjawia się szeroka plaża i skaliste wzgórza. Nagle odkryte jest ogromne piękno, gdzie wbrew logice i geografii, woda ma kolor lazurowy, a piasek równo wypełnia asymetryczne zatoki.
To tu Virgina Woolf wracała myślą z sentymentem w 'W stronę latarni morskiej', gdzie opisywała St Ives z dzieciństwa. Barbara Hepworth rzeźbiła w swoim ogrodzie, ukrytym między kamiennymi ścianami białych domów, których bliskość, w tym mikro labiryncie ulic i schodów, wzmacnia wrażenie otwartości miasta. Wydaje się, że to miejsce tak bezpiecznie, sąsiedzkie, jednocześnie niepoznane, gdzie przepaści i skały są surowe, a wiatr tak mocny, że idąc stacza się walkę z siłą natury.
Na tych porozrzucanych stoją ludzie, którzy wspięli się aby dostrzec krańce plaży, poznać widok, jednak jest to dopiero początek ogromnej wody i wyobrażenia o tym, co może znajdować się na drugim brzegu. O ile taki w ogóle istnieje.
Na tych porozrzucanych stoją ludzie, którzy wspięli się aby dostrzec krańce plaży, poznać widok, jednak jest to dopiero początek ogromnej wody i wyobrażenia o tym, co może znajdować się na drugim brzegu. O ile taki w ogóle istnieje.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz