Biblioteka może być miejscem publicznym, stosem książek na
PRL-owskich stołach, gdzie chybotliwe krzesła na metalowych nogach trą o
drewniane panele podłogi. Biblioteka może być nowoczesną instytucją, z
komputerowym indeksem i szklanym biurkiem pani bibliotekarki. Ale biblioteka
może stać się też domem, osobistym zbiorem, odzwierciedleniem ludzkiego życia i
jego etapów.
Kiedy pakuję do kartonu moje książki, widzę oś czasu. Nie
wiem kiedy dokładnie przekroczyłam granicę między kupowaniem, a zbieraniem.
Sklepy charytatywne, antykwariaty, lumpeksy, księgarnie. Wszystkie są źródłem
dla biblioteki, która rozrasta się, od kilku rzuconych na stos używanych wydań,
przez ustawania z nich piramid, po szafki, półki i regały. Opcjonalnie dochodzi
pedantyczne sortowanie okładek według koloru lub klasycznie, alfabetu. Biorąc
do ręki książkę dawno przeczytaną, z której nie przepisałabym ani jednego
cytatu, mimo wszystko przypominam sobie, dlaczego jest ona wśród tych stosów,
jak się czułam, jaka byłam w tamtym momencie. Odnajduję motywy jej zakupu,
widzę siebie dawniej i odbija mi się jakiś ułamek przeszłości w matowej
okładce. Trochę to rzewne, może naiwne, bo to nie fotografie ani prawdziwe
wspomnienia, tylko łańcuch przyczyn i skutków, gdzie na końcu widać te książki
właśnie a w nich jakby, niezależnie od prawdziwej treści, zapisane wydaje się
być tylko nasze życie. Po to się je zbiera, ale może też aby ta biblioteka
przetworzona została w coś pięknie estetycznego
na samym końcu. Pomieszczenie albo kawałek podłogi z lampą i fotelem.
























