W secesyjnym Alesund słońca nie ma. Jest przystanek autobusowy na skraju zatoki, trochę wzgórz i wielka mgła.
Miałam przeczucie, jakby nastał koniec świata. Wchodząc na kamienną ścieżkę miasta, prowadzącą w wodę na końcu której stała mała morska latarnia, widzisz dużo wiecznie jasnej przestrzeni, chmurne słońce zajdzie dopiero po północy. Do Geiranger dotrzesz przez Hellesylt, dwie godziny jazdy betonowymi drogami, gdzie przechodniów nie widać. Jest pusto, trochę smutno, trochę pięknie. Prom zabiera cię rejsem przez fiordy, dziedzictwo natury z wodospadami o których krążą legendy. Docierasz do wioski z jedną restauracją, piekarnią, sklepem z pamiątkami. Wszystko jest ciemno zielone, a gdy na chwilę wyłania się słońce, jest ono tylko jakby poświatą, czymś nierzeczywistym. Wspinasz się jak najwyżej, aby objąć ten widok w całości, zapisać go w głowie, bo pewnie już tu nigdy nie wrócisz. Na skarpach stoją drewniane domy, nikt już w nich nie mieszka od lat 60.
Przeskok z miasta do dzikiego pola natury, gdzie krajobraz to efekt zlodowaceń, lat przemian wynikających z procesów przyrody. Drogi są tu bardzo kręte, przejeżdżasz mostami między małymi wyspami. Myślisz, ile jest takich miejsc do zobaczenia i nie zrobisz tego nigdy, za nic w ciągu własnego życia. Planujesz w myśli kolejne podróże do takich niezwykłości.
Wracasz z przystankiem na stacji benzynowe. Jesz hot-doga, to w Norwegii trzeba zrobić.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz