Mapy, ludzie, eksplozje. Gdzieś pomiędzy wizualną abstrakcyjnością, a
realizmem tematów, Jules de Balincourt maluje to wszystko i pokazuje swoją
Amerykę.
Patrząc na rzeczywistość z pozycji kulturowego outsidera,
Balincourt urodził się w Paryżu. Obce było mu pojęcie przynależności do
miejsca, jego rodzina przeniosła się do Los Angeles, gdzie dorastanie według
amerykańskich snów, w momencie przemian politycznych i społecznych lat 80, podświadomie
kształtowały jego zmysł malarski i estetykę.
Jak Baudelaire opisywał
malarza życia nowoczesnego, tak Balincourt zachował w sobie wskazaną naiwność,
która pozwala patrzeć na rzeczy bez wyższości, z uwagą, a jednocześnie przeplatać
obserwacje i własną refleksję pomiędzy obrazy. Jego proces bierze źródło w
braku pomysłu, idąc w bliżej nie określonym kierunku, który ostatecznie staję
się silną różnorodnością. I choć obraz jako komentarz na tematy współczesne nie
jest przełomowym odkryciem, Balincourt tak jakby najpierw zaspokaja nasz zmysł
estetyczny, przyciąga kolorem, kompozycją i pozwala wyłonić się wszystkim mniej
dosłownym treściom.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz